Dzień dobry, to mój pierwszy wpis na tutejszym blogu.
Dzisiaj pochylimy się nad ciekawą wariacją na temat kuchni śląskiej.
Jako, że ze mnie taki Hanys, jak z alimenciarza ojciec to będzie uzasadniona biedą abominacja.
Zapraszam na wodzionkę z chleba tostowego i kostki rosołowej.
Kostka rosołowa do garnka. Taka zwykła, najtańsza, co smakuje jak sól i łzy wylane podczas rozwodu. Zalewasz wrzątkiem, mieszasz bez przekonania.
Ciepło. To wszystko, co możesz o tym powiedzieć.
Potem chleb tostowy.
Ten z folii, który zawsze jest za miękki i smakuje jakby nigdy nie był świeży, tylko od razu był wyprodukowany z poczuciem winy.
Kroisz albo drzesz, bez różnicy. Ląduje w tej zupie i rozpada się szybciej niż twoje plany o szczęśliwej przyszłości.
Nie ma przypraw, nie ma czosnku, nie ma masła.
Jest woda, sól i poczucie, że to już nie jest gotowanie - to konserwacja organizmu. Jesz, bo trzeba. Nie dlatego, że jesteś głodny. Po prostu źle byłoby nic nie zjeść i potem jeszcze bardziej się źle czuć.
Smakuje jak coś, co kiedyś było daniem. Teraz to bardziej procedura. Do zrobienia w ciszy. Bez światła. Bez emocji. Idealna na wieczór, w którym nie chcesz rozmawiać z nikim, nawet ze sobą.
To nie jest zupa. To metafizyczna metafora ludzkiej natury.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz