Dzisiaj ciekawa wariacja na temat poprzedniego dania.
Masz ryż. Taki najtańszy, w torebce, co się gotuje 12 minut, ale jak zostawisz na 13, to już klei się do duszy.
Gotujesz.
Nie dlatego, że masz plan.
Po prostu nie chcesz znów jeść samego chleba z niczym, bo nawet margaryna się obraziła i zniknęła.
W międzyczasie grzebiesz w szufladzie pełnej śmieci i nędzy, a tam - jak prezent od losu z depresją - leży przyprawa do zupki chińskiej.
Sam proszek.
Bez makaronu. Bo makaron zjadłeś tydzień temu, surowy, bo byłeś głodny i zły. Zostaje ci smak "kurczaka pikantnego", czyli sól, glutaminian i nuta chemii, która przypomina jedzenie tylko z grubsza.
Gotowy ryż wrzucasz do miski. Sypiesz proszek. Mieszasz. Nic więcej. Żadnych warzyw, sosów, białka - tylko pył i węglowodany. Powstaje coś między indyjskim street foodem a ścianą płaczu. Smakuje jakby ktoś próbował zrobić tika masalę w akademickim kiblu.
Ale wiesz co?
To działa, to smakuje.
Gorące.
Słone.
Uderza gorzej od niedzielnego kaca.
Zjesz całość, zapijesz Kustoszem, i przez chwilę nie będzie źle.
To nie jest comfort food.
To jest survival food na miarę armii Korei Północnej.
Smacznego, jeśli to w ogóle słowo, które tu pasuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz