Nie wiem co się wydarzyło w moim życiu, że siedzę o 22:47 i smaruję wafle ryżowe tuńczykiem zmieszanym z margaryną, ale podejrzewam, że to wina kapitalizmu, biedy i tego, że kiedyś śmiałem się z ludzi, którzy jedzą fit.
Karma wraca w formie sprasowanego styropianu z kwasem Omega-3.
Więc tak. Masz wafle ryżowe.
Zero smaku, zero struktury, zero sensu istnienia, ale są tanie, lekkie i niby zdrowe, więc jak jesteś na „diecie” (czyli po prostu jesteś biedny), to stają się chlebem powszednim.
Albo chlebem poprzednim, bo są serio średnie.
Teraz ten tuńczyk.
Nie ten w oleju, bo olej to luksus.
Ten w sosie własnym, czyli taki, co wygląda jakby ktoś załpał depresję do słoika.
Otwierasz, cuchnie jak kiszony śledź.
I wtedy zaczyna się operacja, jak to mówią "nieszczęścia chodzą parami". Do miski leci tuńczyk i margaryna - ta najtańsza, co jak się stopi, to robi się z niej coś pomiędzy wazeliną a rozpuszczoną świeczką. Mieszasz to widelcem, bo blender byłby zbyt profesjonalny, a poza tym i tak nie chcesz tego zjeść w gładkiej formie, nie jesteś w DPSie.
Sypiesz pieprzem, bo wierzysz jeszcze, że jest nadzieja.
Nie ma nadzei.
Wygląda jak cement z bełtem.
Smak? Wyjątkowy. W sensie, naprawdę się zastanawiasz, kto ci to zrobił i dlaczego byłeś to ty. To jest danie, które je się raz - nie dlatego, że takie dobre, tylko dlatego, że drugi raz już nie dasz rady spojrzeć sobie w oczy.
Czy polecam? No jak masz do wyboru to, albo iść spać, to idź spać.
Ale plus taki, że po jednym waflu odechciewa się jeść na kilka godzin.
Może dni.
Więc w sumie dietetyczne. Tylko nie w tym sensie, co myślałeś.
Smacznego. A jeśli ci nie smakuje - to dobrze. To znaczy, że jeszcze coś w tobie żyje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz