Mortadela. Leży w lodówce od kilku dni, niby zjadłbyś, niby nie. Wędliny z tych dolnych półek, które kosztują mniej niż chleb, zawsze są trochę podejrzane. Ale nie wyrzucisz, bo cię matka dobrze wychowała.
Pamiętasz jak wołałeś w dzieciństwie "Mamo, mamo! Zrób mi chrupiącą!"?
Czas wrócić do czasów, kiedy twoje życie nie było nieustającym pasmem porażek.
Dziś kotlety z mortadeli vel kiełbasa chrupiąca.
Więc bierzesz plaster.
Dwa.
Trzy.
Zależy jak bardzo głodny jesteś i jak dużo ci zostało oleju na smażenie. Rozbijasz jajko, wsypujesz bułkę tartą, klasyczny schemat. Robisz panierkę, jakbyś miał tu faktycznie kotleta, a nie kawałek tłustej galaretki z dodatkiem mięsa.
Wrzucasz na patelnię. Skwierczy. To dobrze, przynajmniej coś w twoim życiu się udało.
Po paru minutach masz to - chrupiącą kiełbasę. Ciepła, pachnie smażeniem, trochę przypomina fast food, który ktoś upuścił na chodnik i podniósł po 10 sekundach.
Smakuje lepiej niż wygląda, ale gorzej niż pamiętasz. Tłusta, słona, gorąca - czyli spełnia podstawowe warunki posiłku.
To nie jest danie, które zrobisz z sentymentu. To nie jest też coś, co pokażesz komuś innemu. Ale jak siedzisz sam, masz 7 zł do końca tygodnia i mortadelę w lodówce - zrobisz to. Zjesz. Popijesz wodą z kranu. I wrócisz do robienia niczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz