poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Parówka w cieście naleśnikowym

Są dania, które próbują udawać coś, czym nie są. To właśnie jedno z nich. Miało być fancy. Miał być „hot dog w mundurku”. Może nawet marzył o food trucku. Ale skończył jako parówka w cieście naleśnikowym, jedzony na stojąco nad zlewem, bo talerz był brudny, a życie nie czeka.

Zaczynasz jak zawsze: robisz ciasto naleśnikowe. Czyli mąka, mleko, jajko, sól. Trochę rzadsze niż trzeba, bo nigdy nie pamiętasz proporcji, a jak ci się rozleje na patelni, to trudno – sztuka to nie precyzja tylko emocje.

Potem bierzesz parówkę.

Ciepła, różowa, pełna tajemnic.

Może mięsna, może nie.

Owijasz ją naleśnikiem. Albo zanurzasz, albo obtaczasz, albo wrzucasz całość na patelnię i liczysz, że coś z tego wyjdzie.

Efekt?

Coś między kluchą z ciałem obcym a kulinarnym programem z TVP3.

Smakuje... jakby ciasto naleśnikowe rozlało się na podłogę i zostało wyciśnięte z gąbki na patelnię.

Parówka w środku ciepła, otoczona miękkim ciastem, samo gęste, aż się paski w pompie grzeją.

To jest hot dog, który chciał być croissantem.

Ale trafił do technikum mechaniczno-gastronomicznego w Tułodziadzie.

I tak sobie siedzi, gorący, lekko smutny, ale twój.
Bon appétit, mordzia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz