Są dania, które próbują udawać coś, czym nie są. To właśnie jedno z nich. Miało być fancy. Miał być „hot dog w mundurku”. Może nawet marzył o food trucku. Ale skończył jako parówka w cieście naleśnikowym, jedzony na stojąco nad zlewem, bo talerz był brudny, a życie nie czeka.
Zaczynasz jak zawsze: robisz ciasto naleśnikowe. Czyli mąka, mleko, jajko, sól. Trochę rzadsze niż trzeba, bo nigdy nie pamiętasz proporcji, a jak ci się rozleje na patelni, to trudno – sztuka to nie precyzja tylko emocje.
Potem bierzesz parówkę.
Ciepła, różowa, pełna tajemnic.
Może mięsna, może nie.
Owijasz ją naleśnikiem. Albo zanurzasz, albo obtaczasz, albo wrzucasz całość na patelnię i liczysz, że coś z tego wyjdzie.
Efekt?
Coś między kluchą z ciałem obcym a kulinarnym programem z TVP3.
Smakuje... jakby ciasto naleśnikowe rozlało się na podłogę i zostało wyciśnięte z gąbki na patelnię.
Parówka w środku ciepła, otoczona miękkim ciastem, samo gęste, aż się paski w pompie grzeją.
To jest hot dog, który chciał być croissantem.
Ale trafił do technikum mechaniczno-gastronomicznego w Tułodziadzie.
I tak sobie siedzi, gorący, lekko smutny, ale twój.
Bon appétit, mordzia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz