Zaczyna się jak klasyka: gotujesz makaron.
Serce włoskiej kuchni, duma południa, dolce vita, bążur i te sprawy. Ale zanim zdążysz powiedzieć „al dente”, już wiesz, że coś jest nie tak, bo zamiast pancetty masz tylko słoik majonezu i ząbek czosnku, który przeleżał w kuchennej szufladzie tyle, że chyba teraz ma prawa emerytalne.
Dzisiaj pasta&mayo, bo z keczupem oklepane (wielki shoutout dla mojego brata Tortexa).
Makaron ugotowany, odcedzony, paruje, pachnie nędzą. I wtedy wjeżdża majonez – biały, tłusty, nieproszony. Nie rozpuszcza się, tylko klei jak progresywna młodzież do asfaltu.
Dodajesz czosnek.
Surowy.
Żeby było ostro.
Żeby przypomniało ci, że żyjesz.
Mieszasz to wszystko i patrzysz, jak augustowskie mohito wśród makaronów właśnie ci robi zamach na kubki smakowe.
To danie nie ma sosu. To danie jest sosem.
Czosnek odurza nozdrza jak Wisła w 2020, majonez wszystko oblepia, klei się jak stół w TVN-ie.
Smak? Tłusty. Ostry. Przykry. Ale sycący. A po wszystkim w ustach zostaje czosnek, który sprawia, że nikt nie chce z tobą rozmawiać - czyli spoko, bo możesz dokończyć obiad w ciszy i samotności.
To nie jest kuchnia włoska. To nawet nie jest kuchnia. To jest decyzja.
A raczej jej brak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz