Gotujesz parówki. Woda bulgocze.
Mmmm... ale pięknie pachnie! Maciek, co gotujesz?
Ciepło, coś tłustego na wierzchu pływa, jakby próbowało cię ostrzec, że to nie jest droga, którą powinieneś iść, ale już za późno.
Parówki wyciągasz, wrzucasz do buły, może mrozisz na potem, nie oceniam.
Ale woda? Woda zostaje. To jest baza. To jest esencja. To jest ramen.
Tak. Z wody po parówkach robimy ramen. Bulion zagrożenia radiacyjnego klasy VI.
Nie pytaj o mięso, nie pytaj o skład, nie pytaj co stało się w Wołominie w 2007 roku . Do tego wrzucasz makaron z paczki, ten za 79 groszy, co smakuje jak karton, który miał kiedyś marzenia.
Sypiesz przyprawę czyli sól, z nadzieją, że coś zmieni.
Możesz wrzucić jajko, jak masz. Możesz wrzucić cebulę. Możesz wrzucić wszystko, co leży w lodówce i nie ucieka.
Ostatnio wrzuciłem plasterek sera i trochę papieru z szynki, bo się przykleił, ale już nie miałem siły walczyć.
Wszystko jedno.
Ważne, żeby się gotowało. I żeby para leciała, bo wtedy wygląda, jakbyś robił coś poważnego, a nie zupę z odpadów.
Siadasz, jesz, gorące jest. Smakuje jak... ciepło.
Tylko tyle. Ale wiesz co? Działa. Czujesz się jak człowiek...
...przez jakieś siedem minut. Potem znów jak student, ale przez chwilę było dobrze.
Ramen z wody po parówkach. Zupa, która nie powinna istnieć, a jednak cię ratuje. Jak mail od wykładowcy, że przełożył kolokwium (to się nie dzieje).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz